Fetysz zmian




Od zawsze w moim życiu dzieje się tak, że wszelkie informacje, odpowiedzi na nurtujące mnie pytania przychodzą same, od niechcenia. Biorę do pociągu przypadkową książkę, otwieram gazetę w kawiarni... i wtedy właśnie czytam o czymś... nad czym intensywnie myślę od jakiegoś czasu. 

I tak było i tym razem. Przeczytałam ostatnio na jednym z portali* artykuł o fetyszu zmian - czyli silnej potrzebie współczesnych młodych ludzi do tego, by wciąż dążyć do metamorfoz, ulepszania, zdobywania nowych przestrzeni. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie cholerne skupienie się na ciągłej potrzebie zmiany... dla zmiany - czyli muszę się zmieniać, żeby pokazać światu, że nie jestem bierny, że szukam, ulepszam się, nadążam. Zmieniamy więc statusy na Facebooku, prace, partnerów życiowych, samochody, sofy, torebki.... - bo to wydaje się zapewnić nam szczęście. Wiadomo przecież nie od dziś, że zmiany są na lepsze. Tak sobie to powtarzamy i zmieniamy.




Samo "poczucie potrzeby zmiany" usilnie pielęgnują też coachowie od rozwoju osobistego, którzy zapewniają, że zmiany to krok, który nas ulepszy. Nawołują: zmieniaj siebie, zmieniaj rzeczy, które Ci nie pasują na nowe! Możesz wszystko! Dopingują - rzucając hasła oparte o jedną stronę znaczenia zmiany, odwracają uwagę od tego co ważne i prawdziwe.
Tak rozumiane zmiany są bowiem traktowane jako magiczna chwila - zdarzenie przełomowe, które nas uwzniośla w naszych oczach i oczach innych. Na moment wydaje się nam, że dokonaliśmy czegoś wielkiego i w uzależnieniu od tego chwilowego stanu - już szukamy sposobności do kolejnej zmiany.

Natomiast zapomina się o tym, że zmiany oznaczają też coś znacznie głębszego i złożonego. To proces - wymagający wysiłku, poświęceń. To krew, pot i łzy. Zmiany stylu życia, zmiana otoczenia, zmiana sposobu myślenia, zmiana nawyków -  nad tym wszystkim trzeba bowiem popracować. Nie mają nic wspólnego z fetyszem zmian, o którym była mowa powyżej. Są wymagające, wychodzą dużo dalej niż zakup nowej rzeczy, zmiana koloru włosów...

W tym całym kołowrotku zmian, do których co niektórzy z nas dążą, by pokazać, że są przecież tacy na czasie, tacy rozwojowi i po prostu interesujący (co tu ukrywać, ludzie, którzy nie zmieniają za wiele to przecież nudziarze?!), zatraca się oczywiste spostrzeżenia. Jak choćby to, że zmiany są przecież  naturalnym procesem życiowym. Nie musimy ich wymuszać, kreować - idąc z coachem za rękę. One są. Wszystko się zmienia. Wystarczy, że będziemy otwarci i będziemy reagować na dynamikę świata i innych ludzi.

Ps.
*  link, do tekstu natemat.pl, o którym wspomniałam w tekście

Popularne posty