Mama w domu i mama w pracy. Która ma lepiej?




Ty to masz życie, siedzisz w domu z dzidziusiem. Stary was utrzymuje. Kawka, fejsbuk, obiadek, spacerek. Zero pośpiechu na tramwaj, do pracy na ustaloną porę, czy do żłobka, by zdążyć przed zamknięciem. Robisz wszystko: kiedy chcesz, jak chcesz - zero stresu i ciśnienia. - Cytuję zdanie niewtajemniczonych w macierzyństwo.  I szybko odpowiadam. Otóż - moi mili - nie! Sprawa ma się zupełnie inaczej.



Ten post nie jest po to, bym się mogła poużalać czy pokazać, jak ciężko mają mamy, które nie pracują na etacie. Powstał po to, by pokazać mamom, które są u kresu urlopu macierzyńskiego - jak wygląda opcja pozostania z dzieckiem w domu jeszcze na rok lub dwa. 
Po półrocznym czy nawet rocznym urlopie macierzyńskim ciężko jest oddać malucha do żłobka. Nie oszukujmy się - to jeszcze maleństwo - bezbronne, w 100 % zależne od opiekuna, liczące na bliskość, zainteresowanie i bezwarunkowe oddanie. Tego w żłobku nie ma i nie będzie. Tam zatroszczą się o malucha, by nie zrobił sobie krzywdy, nie połknął klocka. Zmienią pieluchę, podkarmią i tyle. Koniec kropka. Bajki o tym, że dzieci chcą do dzieci  - możemy sobie w buty wsadzić. Tak małe dzieci nie wiedzą jeszcze czego chcą, no może poza jednym - jedzeniem. Na uspołecznianie się będą jeszcze miały całe życie, dziesiątki lat, w których zadecydują o sobie. 
W związku z powyższym wraz z I. podjęliśmy decyzję, że Laura nie pakuje boboplecaczka i nie wyrusza w świat mając rok czy dwa. Zanim nie zazna trochę samodzielności - typu korzystanie z nocnika, komunikowanie co jest ok, a co nie jest ok, siedzimy w domu i czekamy na lepszy moment. 
Jednak ten post nie o tym miał być. 
Często słyszę, że mam lepiej, bo nie muszę biec rano do pracy, rozstawać się z maluchem na 8 czy 10 godzin. Co do drugiego, to owszem zgodzę się. Jak napisałam, nie czułam potrzeby takiego rozstania w pierwszych latach życia. Co do pierwszego - stanowczo zaprzeczę. 
To, że nie biegnę w garniturku na 8 do pracy, nie oznacza, że nie pracuję. Pracuję, tylko inaczej.
Wyjście do pracy na 8 godzin, w której szef dba o naszą organizację czasu, wydaje się bajką z mojego punktu widzenia. 
Muszę bowiem sama zadbać o zorganizowanie swojego czasu pracy, podział obowiązków i priorytetów, by wszystko było ogarnięte we właściwym momencie. Muszę też zadbać o organizację czasu malucha. Na szczęście - dla mnie i Laury - nie lubię dużo spać, jestem nocnym markiem i mogę pracować do późna, w spokoju, kiedy w domu jest cisza - i posprzątane. No właśnie - poza pracą zawodową jest też dom! Też do ogarnięcia i do dopieszczenia. Jak to wszystko pogodzić i nie zwariować od nadmiaru obowiązków.

Przez 1,5 roku wypracowałam sobie kilka złotych zasad, które ułatwiają mi życie: 

1. dzielę czas na ten dla dziecka, na pracę i czas wspólny 
czas dla dziecka - bawimy się i robimy wszystko, czego chce Laura
czas na pracę - kiedy Laura śpi lub spędza czas z kimś innym, ja tyram
czas wspólny - robimy razem rzeczy prozaiczne - gotujemy, idziemy na pocztę, na zakupy, do banku (załatwiam sprawy, ale Laura ma w tym swój udział i o dziwo lubi to) 

2. sprawdzam pocztę minimum co dwie godziny - jestem na bieżąco - sprawy, które mogą poczekać - czekają, a sprawy "na już" wykonuję od ręki (Laura wtedy ogląda bajkę lub dostaję do zabawy coś o czym zapomniała, bo ja to trzymam w swojej tajemnej skrzynce  na czarną godzinę). 

3. notes, karteczki, kalendarze - organizacja to podstawa. Jako mama muszę spamiętać więcej. Nie liczyłabym jednak na swoją pamięć w 100%. Dlatego zapisuję wszystko - terminy spotkań, szczepień, lekarzy itp. W sprawach zawodowych również to, co zrobiłam oraz wszystko w punktach co mam zrobić - pięknie rozpisane - również z terminami lub etapami prac. 

4. Google plus. Ukochane narzędzie (poza notesami). Prowadzę tutaj archiwum działań i raportów. Mam dzięki temu zawsze dostęp do tego, co robię i mogę popracować w międzyczasie (np. wieczorami, kiedy Laura wtulona przysypia przy mnie - ale nie ma szans na przełożenie do łóżeczka, ja nie tracę tego czasu na leżenie i czekanie - z cyklu zaśnie czy nie zaśnie. Uwierzcie należałam się w ciąży na kolejne 40 lat).  Piszę, planuję, rozpisuję. 

5. LUZ. W każdej dziedzinie. Tego nauczyła mnie Laura. Bez stresu, co ma być, to będzie. Mimo kalendarzy i grafików, są rzeczy, których nie zaplanuję, bo nie ja decyduję już o tym, jak wygląda mój dzień. To nasz dzień. Jednak wszystkie moje skrupulatne notatki i plany - dają mi spokój - bo wiem, że gdzieś tam wszystko mam pięknie rozpisane i zawsze, gdy do tego wrócę, znajdę punkt wyjścia do zawodowych działań. 




Popularne posty